Z dzikiego sadu

Kiedyś ten sad sięgał tak daleko, jak te najdalsze drzewa na fotce. I wcale nie był dziki. Mój ojciec poświęcił mu mnóstwo pracy – w końcu to było nasze utrzymanie. Ale potem wszystko się zmieniło. 

Większość sadu, już nieproduktywna, została wyrwana. To, co pozostawiono, stało się dzikie, bo nieuprawiane i niechronione przed szkodnikami. To stary sad stał się schronieniem. Gnieździ się tu ptactwo, rezydują sarny, przemykają zające. No i sieją się nietypowe gatunki:

IMG_20180715_201043

Skąd w sadzie wzięły się paprocie? Od zawsze między drzewami owocowymi rosły świerki. A potem – nie wiadomo skąd – zasiały się brzozy, wierzbówka, maliny, jeżyny… Gdy wyrwano sad, przepadły moje ukochane w nim miejsca. I te dzikie samosiejki w większości też. Najbardziej mi teraz żal dorodnych łanów wierzbówki. Dziś rwałabym je sobie bez wyrzutów sumienia na carską herbatę. Wtedy tylko mnie cieszyły samą obecnością.

W tę niedzielę do sadu wybrałam się na dzikie papierówki – słowo daję, że trudno uznać je za szanowanych przedstawicieli odmiany:

IMG_20180715_195934

Małe bździony, jak mawia mój ojciec, robaczywe, opadają na ziemię i gniją. W tym roku obrodziły, w zeszłym nie było ich wcale.

Z racji, że dwa lata temu wykorzystałam papierówki z dobrym efektem, postanowiłam powtórzyć rzecz w tym roku.

IMG_20180715_200730

Dla moich dzieci takie zbiory spod drzewa to na tyle unikatowa sprawa, że naprawdę się zaangażowały. Wynieśliśmy jakieś pięć kilo bździon i jednego kleszcza nabytego tu lub gdzieś po drodze przez chaszcze, których w dzikim sadzie pełno.

Dziś był dzień przeplatany deszczem – nienadatny ani na wyprawę, by pływać, ani do zbioru ziół, ani na rower. Idealny, by zająć się dzikimi papierówkami. Bździony trzeba było pozbawić gniazd nasiennych, robali i obić. Ale nie skórki! Mus z dzikich papierówek robię używając nieobranych owoców.

Przepis na ten mus znalazłam tu: KLIK! i od razu mi się spodobał, bo nie używa się w nim cukru, za to nie brak moich ulubionych rozgrzewających i antyrakowych przypraw.

dzień sto dziewięćdziesiąty siódmy

Mus właściwie robi za mnie maszyna, która dba o to, by się nie przypalał, ale tartę będę robić już sama. Bo właśnie w tarcie ten mus smakuje najlepiej. Dla domowych facetów taką tartę trzeba przyprószyć cukrem pudrowym, by nie zorientowali się, że jest zbyt zdrowo. Mojej córki nie nakłoni do tej tarty nic, jak i do każdej innej, zatem mogę tylko cieszyć się, że je surowe jabłka.

Ja będę wsuwać bez posypki i radować się pełnią słodko-kwaśnych doznań.

Do dzikiego sadu jeszcze wrócę. Nie tylko po sezonowe owoce.

Co prawda, susza tegorocznej wiosny sprawiła, że ileś jego poszycia wygląda jak siano. Ale skoro rosną tu i tak dorodne paprocie, to nie wątpię, że czeka jeszcze niejedna niespodzianka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: