Jedziemy po zioło… ale czym?

To lato zaczęło się jeszcze nim nastał maj. Nie planując tego wcale, gdy tylko czas pozwolił i praca zwolniła, wzięłam się za zielną praktykę. I jak to z praktykowaniem bywa – okazało się to mieć największy sens. Lipiec był zielny, aktywny i satysfakcjonujący. Sierpień zaczął się ciut pod górkę. 

Z racji, że lato i to lato z pełnym rozmachem dobrodziejstw, niewykorzystanie tego byłoby grzechem. Za całym tym dobrem będę przecież tęsknić w ciemne, zimne dni.

Ostatnie tygodnie wyglądały zatem tak: po leniwym i powolnym poranku wskok na rower i solowy wypad za miasto na zielsko. Powrót, wypad rodzinny samochodem nad jezioro, popołudniowa i wieczorna kąpiel, no i tropienie zielska nad wodą. Kwintesencja cudownego lata.

IMG_20180731_115830_2

Ale są jeszcze zielarskie imprezy. Można się na nich dowiedzieć czegoś, coś poznać, czegoś nauczyć, z kimś mądrym pogadać. Tym razem taką okazję zdawały się stwarzać warsztaty archeologii eksperymentalnej odbywające się na Wolinie w Centrum Słowian i Wikingów. Pośród tysiąca różnych atrakcji, przewidywane było m.in. wytwarzanie maści i mazideł na bazie wosku pszczelego i ziołowych maceratów. Ponieważ i tak miałam ochotę odwiedzić Wolin, warsztaty były idealnym pretekstem.

Niestety, nie umywały się do tego, czego doświadczyłam na innych tego typu, niemniej córce udało się ukręcić ziołowe mazidełko w warunkach pełnej archeostylizacji. Zatem cel został osiągnięty, a poza nim jeszcze wiele innych. Spędziliśmy na Wolinie wspaniałe kilka dni.

Tego lata zamierzałam odwiedzić jeszcze kilka zielarskich imprez. Niestety, czasem na drogach pojawiają się przeszkody i trzeba plany zrewidować:

IMG_20180801_014943

Nasza waleczna wiekowa Honda poległa w bliskim spotkaniu z barierką, na którą wpadliśmy po przebiciu jednocześnie dwóch opon. Ale że był to zawsze wspaniały samochód, tym razem również uchronił nas przed najgorszym – córka nawet się nie obudziła, gdy nastąpiło uderzenie. Nikt z nas nie odniósł najmniejszego zadrapania. Odczuwamy ogromną wdzięczność za taki cud.

Niestety, samochód nadaje się do kasacji.

Moje dalekie wyprawy ziołowe stanęły pod znakiem zapytania. Musiałabym naprawdę szybko nabyć nowy samochód i załatwić wszelkie formalności.

A wypady bliższe, takie po prostu po zioła? Oczywiście rower jest idealny. Upał na nim tak nie dokucza, no i podczas jazdy można śledzić całe bogactwa rowów. Plus oczywiste względy eko i zdrowotne.

Niemniej, co zniesie człowiek, niekoniecznie zniosą rośliny. Czasem chciałoby się przywieźć je do domu w formie tak kwitnącej, w jakiej się je zerwało. I tu przydaje się szybki transport samochodowy.

Wiem, że ktoś śledzi już ten notatnik. Pewnie dziwi ten mocno nietypowy wpis. Idiotyzmem jest przywiązywanie się do rzeczy martwych. Honda była wiekowa, zatem i tak na dniach mieliśmy brać się za kupno nowego samochodu.

Ale i tak jest mi absurdalnie smutno.

O jedną zieloną Hondę mniej, o parę zielarskich przygód ubożej.

Niemniej może już jutro zanucę sobie znów Jedziemy po zioło!

To silniejsze ode mnie.

PS. Na górze wpis ilustruje mój rower, z którego zsiadłam, by zrobić fotkę. Najprawdopodobniej żmijowca zwyczajnego. Jeszcze do niego wrócę, jak i do innych odkryć z rowów.

 

 

 

 

Jedna myśl na temat “Jedziemy po zioło… ale czym?

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: