Zamiast krwawnika…

Wyruszyłam na krwawnik. Znalazłam w sieci fajny przepis na wino krwawnikowe (tu: KLIK!), a w Lidlu tanie białe wino wytrawne potrzebne do sporządzenia mikstury. Potrzebne jeszcze tylko zielsko. Banał, pełno go przecież na Dzikim Polu. Życie lubi banały, ale nie tym razem. Nie wróciłam z torbą pełną krwawnika.

To była pierwsza wyprawa na rowerze od ładnych paru dni. Upał osiągający ponad 30 stopni Celsjusza, formalności związane ze zmianą samochodu i jakiś ogólny paraliż działania w związku z powyższymi – nie miałam siły wskakiwać i drałować po zielsko, które i tak przygnębiało swym zmęczonym wyglądem.

Ale przedwczoraj przygnało chmury. Pławiliśmy się akurat w leśnym jeziorze, gdy zaczęło lać. Niesamowicie fajnie jest kąpać się podczas ulewy. Ciężko przejmować się deszczem – w sumie czym zagraża? Zmoknięciem?

Deszcz, choć nie było go za wiele, przyniósł ze sobą rześkość, która nie opuściła nas aż do dziś. W związku z powyższym wczoraj wskoczyłam na rower z zamiarem urwania torby krwawnika na wino i nie tylko. Niestety, ledwo znalazłam się na Dzikim Polu, lunął deszcz. I tak padał sobie z pół godziny, które spędziłam czając się pod krzakami rosnącymi wokół mokradeł. Jak na ironię, mókł przy mnie i krwawnik, choć w ilości znacznie skromniejszej niż oczekiwałam:

IMG_20180810_140037

Na całym Dzikim Polu krwawnika ubyło. Okazało się bowiem, że przy okazji żniw znów je skoszono – również w części zdziczałej. Roślin zatem można było wypatrywać z nosem przy ziemi, a że lało, na zbiory i tak się nie nastawiłam.

Przekonałam się jednak, że znacznie łatwiej fotografuje się rośliny, gdy nie oślepia słońce. Udały mi się zdjęcia wartościowych zielarsko, ale nielicznych tobołków polnych:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jeszcze raz upewniłam się bliźniaczo podobne do jasnoty purpurowej ziele, to cenna mierznica czarna. Upewniło mnie roztarcie w palcach listka – specyficzny zapach to wizytówka bezząbu czarnego, jak inaczej zwało się mierznicę.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mierznicy na Dzikim Polu rośnie co nieco, zmiana pogody na pewno zrobi jej dobrze, mam więc ochotę na zbiory.

Tego dnia jednak fauna zatryumfowała nad florą.

Dzikie Pole leży przy mokradłach. A że mokradła są odludne, stały się ostoją kilkudziesięciu społeczeństw, mniej i bardziej licznych. Żyje tu zatem cała rzesza żab, pośród których, jak zapewnia mnie właściciel tego kawałka raju, jest sporo gatunków niezmiernie rzadkich i chronionych.

Wiosną przesiedziałam tu kilka wieczorów wyobrażając sobie, że jestem gdzieś nad Biebrzą; różnorodność niesamowicie egzotycznych ptasich głosów na pewno nie ustępowała temu, co rozbrzmiewa na tych najbardziej osławionych bagnach polskich! Udało mi się podsłuchać np. zielonkę. To ona sprawiła, że poczułam się, jakby świat wokół mnie stał się dziki dzikością nie z naszej szerokości geograficznej. Dzięki tej cudownej stronie: KLIK! zidentyfikowałam, kto tak zaczarował świat pozornie znany i swojski.

Regularnie wprowadzam w nerwowość liczne rodziny łysek, których potomstwo chronione jest na wysepkach z patyków i zielska. Stąd maluchy umykają chyżo na wodę, bo wiedzą, że ten wielki i ciężki maszkaron, który skrada się pośród szuwarów, na pewno za nimi tam nie poleci.

To w wieczór Beltane po raz pierwszy spotkałam żurawia.

Kroczył dostojnie przez pola za mokradłami, a ja poczułam się tak obdarowana tym widokiem, że wypełniło mnie po brzegi to, co nazywa się SPEŁNIENIE. Nie mogło być chwili doskonalszej.

Potem już regularnie nachodziłam żurawia i jego panią. Czasem mnie nie zauważano i podglądałam sceny z życia żurawiego bezwstydnie i nienasycenie. Najczęściej jednak państwo byli czujni i czułam wyrzuty sumienia, zmuszając je do przelotu na dalsze pola. Na bagnach Dzikiego Pola jest przecież ich dom, a ja im się wtryniam tam niezaproszona i zakłócam intymność.

Pewnego dnia drogę przecięła mi ona:

IMG_20180626_204824

Zupełnie niespeszona tym spotkaniem, pozowała mi do zdjęć jakieś dwadzieścia minut i nie pozwalała dojść do żurawi. Wzięłam ją na przeczekanie i w końcu, znudzona mną, leniwie poszła dalej w pola.

Wczoraj stanęła znów w tym samym miejscu.

I znów się mną nie speszyła. Popatrzyła, a że ja znów uparcie byłam, niezadowolona fuknęła i prychnęła, by po chwili zawrócić w zarośla. Ja zinterpretowałam, że fuknęła i prychnęła gniewnie, ale podobno to nazywa się szczekaniem: KLIK!

Skoro ona spasowała, ja ruszyłam, nie wierząc sama: że znów, że ona. I wtedy zobaczyłam, jak zrywają się do lotu. Nie, nie mogły mnie jeszcze usłyszeć ani zobaczyć. Po prostu zobaczyły, że ona biegnie dalej, na pola. Że wcześniej, kawał, kawał dalej spanikowały łyski.

Więc wzbiły się leniwie w górę. We trójkę.

Wylądowały na polu, jak zwykle, gdy coś je zaniepokoiło. Pan, pani i niezidentyfikowanej płci dziecko. Serce mi się rozpłynęło, że to lato i dla nich było obfite i pełne spełnienia.

Po chwili dobiegła do nich ona. Sąsiadka. Pogawędziła z nimi chwilę, jestem pewna, że na mój temat. Popatrzyli na mnie z dystansu, a ona musiała rzec: Przylazła, polezie. Jak zwykle. Ja tam wracam z powrotem.

Co zrobiła, to uczyniła. Ale tym razem już na siebie nie wpadłyśmy, gdy wracałam.

Nie narwałam krwawnika. Był mokry.

Wracając wpadłam tylko na pana bociana. Nie spłoszyłam go. Stał w zadumie. Chyba odpoczywał i po prostu mnie nie zauważył. Potem poderwał się, by wylądować dalej. Pozornie bez celu.

Może też cieszył się chwilą? A może miał melancholijny nastrój. W końcu siąpiło.

Ja byłam szczęśliwa. Krwawnik? Innym razem.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: